Wróciliśmy do domu. Długi Majowy weekend obfitował w przemieszanie się, a zatem w jedzenie w restauracjach, także tych hotelowych i z własnych pojemniczków, gdy tylko była możliwość przygotowania posiłku. Sytuację ratowały upieczone ciasteczka, migdały, pestki słonecznika, pomidorki koktajlowe... Bardzo starałam się, aby w mojej diecie nie znalazły się produkty z listy czerwonej, ani żółtej i prawie się to udawało. Prawie, bo...
Otóż największym problemem okazał się wszechobecny pieprz. Podawany do każdego mięsa, do ryby, właściwie wyklucza możliwość bezpiecznego posiłku w restauracji. Jeśli ma się szczęście, można trafić na restaurację, gdzie potrawy są przygotowywane od podstaw i wtedy jest realna szansa, aby ominąć tę popularna przyprawę.
Drugim elementem jest wszechobecna wieprzowina. W hotelu na śniadaniu można ominąć wszelkie wędliny, a jajecznicę poprosić z cebulą i pomidorami, ale już pierogów z mięsem bez mięsa wieprzowego nie znajdziemy. I te pierogi właśnie, zjedzone dość nieopacznie już w drodze powrotnej, zrobiły najwiękcej szkód.
A co było dobre? Zauważyłam, że dość łatwo jest przekonać kucharzy, aby pierś z kurczaka w płatkach migdałów była bez pieprzu i mącznej panierki. Już dwukrotnie dostałam absolutnie doskonale przygotowany w ten sposób drób.
Odkąd jem jajka, śniadanie w hotelu jest mniej kłopotliwe. Dobrze mieć ze sobą swój chleb, a resztę można znaleźć na stole szwedzkim.
Idealne w podróży są 100g woreczki słonecznika łuskanego - po oderwaniu rożka opakowania, łatwo i higienicznie wsypywać ziarna wprost do ust. Świetna przekąska, doskonały smak i sycą.
Pudełko z ciasteczkami w torebce, zatem zawsze pod ręką, wzmocni naszą decyzję, aby jednak nie zjeść podanej potrawy, gdy ta przypadkiem nie została przyrządzona zgodnie z naszym życzeniem i jednak zawiera zakazane dodatki (cukier, pieprz, owoce...).
I jeszcze jedna mała dygresja. Gdy się zostaje ze swoją dietą sam na sam, bez pisania bloga, co zwyczajnie nie jest możliwe w takim czasie poza domem, mniej się dba o urozmaicenie diety. Zatem z wielką przyjemnoscią wracam do pisania o tym, co jem :-) Niech mnie to mobilizuje do większej kreatywności :-)
Czego i Wam życzę :-)
niedziela, 5 maja 2013
niedziela, 28 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 5 Dzień 25
Weekend jest cudowny, ale u mnie odwrotnie - brakuje czasu :-) Gdy większość z Was gotuje właśnie w weekendy, ja szybko zjadam posiłek w knajpce lub przygotowuję mało ambitnie, ale za to szybko cokolwiek :-)
Dlatego też, śniadanie, to sałatka. Dość standardowo - sałaty, w tym rukola, ogórek, jajo na twardo, majonez i... pomidorki koktajlowe! Soczyste, smaczne, słodkie... Pyszne :-) Do tego wspaniały chleb z masłem - delektowałam się bardzo długo tym śniadaniem, aż brzuszek nie chciał już mieścić :-) Wszystko aromatyczne, smaczne, ale chleb naprawdę szczególnie zasługiwał na pochwałę - absolutnie doskonały!
Obiad szybki, gdzieś "pomiędzy" załatwieniami, wyjściem, a powrotem, czyli surówka z marchewki i jajka sadzone. Jak już wspominałam, szaleję na punkcie jajek :-( Kupiłam dziś duże opakowanie, bo potrzebowałam do ciasteczek, to się nimi poczęstowałam :-)
Zarówno pomidorki jak i marchewka, to dobrodziejstwo fazy piątej. Smak wspaniały - zachwyciłam się :-)
Na podwieczorek i jak sie okazało, także kolację, zjadłam kilka świeżo upieczonych ciasteczek orkiszowych. Tym razem nie przesłodziłam :-) Z nowych dodatków, to uświetniłam zawartość ciasteczek mąką z amarantusa. Pozwoliłam sobie zrobić mąkę orkiszową nieco grubszą niż ostatnio, krócej mieląc ziarna; podobnie z migdałami - zostawilam większe kawałki, a same ciasteczka solidnie podpiekłam. Smak mają teraz wyrazisty, naprawdę wspaniałe, idealne do chrupania :-)
Dlatego też, śniadanie, to sałatka. Dość standardowo - sałaty, w tym rukola, ogórek, jajo na twardo, majonez i... pomidorki koktajlowe! Soczyste, smaczne, słodkie... Pyszne :-) Do tego wspaniały chleb z masłem - delektowałam się bardzo długo tym śniadaniem, aż brzuszek nie chciał już mieścić :-) Wszystko aromatyczne, smaczne, ale chleb naprawdę szczególnie zasługiwał na pochwałę - absolutnie doskonały!
Obiad szybki, gdzieś "pomiędzy" załatwieniami, wyjściem, a powrotem, czyli surówka z marchewki i jajka sadzone. Jak już wspominałam, szaleję na punkcie jajek :-( Kupiłam dziś duże opakowanie, bo potrzebowałam do ciasteczek, to się nimi poczęstowałam :-) Zarówno pomidorki jak i marchewka, to dobrodziejstwo fazy piątej. Smak wspaniały - zachwyciłam się :-)
Na podwieczorek i jak sie okazało, także kolację, zjadłam kilka świeżo upieczonych ciasteczek orkiszowych. Tym razem nie przesłodziłam :-) Z nowych dodatków, to uświetniłam zawartość ciasteczek mąką z amarantusa. Pozwoliłam sobie zrobić mąkę orkiszową nieco grubszą niż ostatnio, krócej mieląc ziarna; podobnie z migdałami - zostawilam większe kawałki, a same ciasteczka solidnie podpiekłam. Smak mają teraz wyrazisty, naprawdę wspaniałe, idealne do chrupania :-)
sobota, 27 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 5 Dzień 24 - normalnie
Moja dieta jest już zupełna - jem wszystko, co w moim teście MRT okazało się mało reaktywne i tym samym nie szkodzące. Jest naprawdę normalnie. Przyzwyczaiłam się do wybiórczego traktowania tego, co mogę zjeść. Zakupy są proste - bezbłędnie wybieram tylko to, co dozwolone. Ale w restauracji bywa trudniej. Ale tylko trudniej... Śniadanie, to sałatka z jajkiem :-) Do tego kromka chleba z masłem. Ostatnio chleb stał się dosyć popularny w mojej diecie :-) Wiem, że to nie jest najlepszy pomysł, ale to często jedyne ziarniste części posiłku. Chleb kupuję pieczony na zakwasie, żytni, zatem pozwalam sobie na to "szaleństwo" :-) Czekam, aż będę mogła sięgać po owoce - jest świetny chleb żytni z żurawiną.
Obiad zjedliśmy w miłej knajpce - łosoś z grilla, ziemniaki z wody i
gotowane warzywa. I tutaj okazało się, że wystarczy poprosić, a zamiast zabronionych brokułów można dostać dodatkową porcję baby marchewki :-) Jestem przekonana, że nawet wybierano te brokuły z mieszanki warzyw mrożonych :-)
Kolację też zjedliśmy na mieście - dzień był dość szalony, cały czas w ruchu :-) Pozwoliłam sobie bardzo, bardzo normalnie. Klopsiki z frytkami. Wiem, nie powinnam bez sprawdzenia składu klopsików, ale następnym razem sprawdzę :-) Było smacznie i już.
piątek, 26 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 5 Dzień 23 - makowiec z szałwią hiszpańską chia
Zaczynam dziś ostatnią, piątą fazę pierwszej części programu LEAP.
Na cześć pełnej listy bezpiecznych produktów i dodatków do żywności, upiekłam makowiec :-) Mimo, iż dozwolona jest mąka pszenna i żytnia, a nawet owsiana, mój makowiec jest bezglutenowy :-) Zawiera dobry ładunek energetyczny z orzechów, migdałów i pestek, a także z ziaren szałwii chia. Na temat szałwii hiszpańskiej pisałam przy okazji dodawania jej do zielonych koktajli, więcej znajdziesz tutaj: http://zielonablogerka.blogspot.com/2013/02/zielona-szawia-hiszpanska.html.
A oto składniki mojego makowca:
Makowiec jest dość twardy, niezbyt słodki, po odwróceniu wygląda bardziej zachęcająco z przyklejonymi pestkami słonecznika :-) Jest to zdrowa, energetyczna przekąska z dodatnim ładunkiem energetycznym :-)
Wersja, którą bardzo lubię, to taka, do której dodawałam miód i suszone owoce - wiśnie, rodzynki, figi, śliwki... Masa jest bardziej miękka i słodka. Tym razem jednak wersja bez owoców i miodu - musi być :-)
Polecam!
A śniadanie, to makrela z puszki :-( Niestety, pozwoliłam sobie na to niezbyt zdrowe szaleństwo :-) Sos pomidorowy nie porwał mnie :-) Chyba się odzwyczaiłam i to śniadanie nie przyczyniło się aż do takiej radości jak przypuszczałam.
Na drugie śniadanie kawałek makowca i czarna, lurowata kawa :-)
Obiad, to sałatka z sałaty rzymskiej - wersja mini, cykorii różowej, ogórka zielonego i żółtej papryki. Jako, że pora obiadu była wymuszona godziną zajęć jogi (posiłek należy skończyć co najmniej na dwie godziny przed zajęciami), mimo braku głodu, jadłam sałatkę dodając na zachętę domowy majonez :-)
Wbrew pozorom, sałatka może być bardzo sycąca. W czasach, gdy byłam bardzo mięsożerna, uważałam, że to nie posiłek! Sałata, zielenina, czy ja jestem krową lub królikiem, aby się tym najeść? Dziś mój pogląd jest zupełnie inny i wynika z przekonania i doświadczenia. Rzeczywistość się nie zmieniła, nadal pozostaję człowiekiem, a jednak zajadam się zieleniną :-)
Na kolację przygotowałam wegańskie leczo. Cebula, papryka, cukinia i sos pomidorowy. Pyszne, aromatyczne i sycące.
Na cześć pełnej listy bezpiecznych produktów i dodatków do żywności, upiekłam makowiec :-) Mimo, iż dozwolona jest mąka pszenna i żytnia, a nawet owsiana, mój makowiec jest bezglutenowy :-) Zawiera dobry ładunek energetyczny z orzechów, migdałów i pestek, a także z ziaren szałwii chia. Na temat szałwii hiszpańskiej pisałam przy okazji dodawania jej do zielonych koktajli, więcej znajdziesz tutaj: http://zielonablogerka.blogspot.com/2013/02/zielona-szawia-hiszpanska.html.
A oto składniki mojego makowca:
- mak 250g
- szałwia hiszpańska chia
- siemię lniane
- migdały
- orzechy laskowe
- słonecznik łuskany
- 2 całe jaja
- ksylitol
- sezam
- masło klarowane
Makowiec jest dość twardy, niezbyt słodki, po odwróceniu wygląda bardziej zachęcająco z przyklejonymi pestkami słonecznika :-) Jest to zdrowa, energetyczna przekąska z dodatnim ładunkiem energetycznym :-)
Wersja, którą bardzo lubię, to taka, do której dodawałam miód i suszone owoce - wiśnie, rodzynki, figi, śliwki... Masa jest bardziej miękka i słodka. Tym razem jednak wersja bez owoców i miodu - musi być :-)
Polecam!
A śniadanie, to makrela z puszki :-( Niestety, pozwoliłam sobie na to niezbyt zdrowe szaleństwo :-) Sos pomidorowy nie porwał mnie :-) Chyba się odzwyczaiłam i to śniadanie nie przyczyniło się aż do takiej radości jak przypuszczałam.
Na drugie śniadanie kawałek makowca i czarna, lurowata kawa :-)
Obiad, to sałatka z sałaty rzymskiej - wersja mini, cykorii różowej, ogórka zielonego i żółtej papryki. Jako, że pora obiadu była wymuszona godziną zajęć jogi (posiłek należy skończyć co najmniej na dwie godziny przed zajęciami), mimo braku głodu, jadłam sałatkę dodając na zachętę domowy majonez :-)
Wbrew pozorom, sałatka może być bardzo sycąca. W czasach, gdy byłam bardzo mięsożerna, uważałam, że to nie posiłek! Sałata, zielenina, czy ja jestem krową lub królikiem, aby się tym najeść? Dziś mój pogląd jest zupełnie inny i wynika z przekonania i doświadczenia. Rzeczywistość się nie zmieniła, nadal pozostaję człowiekiem, a jednak zajadam się zieleniną :-)
Na kolację przygotowałam wegańskie leczo. Cebula, papryka, cukinia i sos pomidorowy. Pyszne, aromatyczne i sycące.
czwartek, 25 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 4 Dzień 22 - czasem zbyt wiele się nie udaje :-(
Dziś ostatni dzień fazy czwartej. Zostało mi niewiele z programu, bo ostatnia, piąta faza. Całymi tygodniami marzyłam o tej chwili, gdy do diety wprowadzę marchewkę, czy pomidory :-) A to już jutro :-) Ale z doświadczenia wiem, że świat się nie zmieni :-))
Najbardziej czekam na pojawienie się w mojej diecie owoców, ale na to jeszcze przyjdzie czas...
Brak tolerancji fruktozy nie przeminie z chwili na chwilę, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Śniadanie, to dziś płatki owsiane z migdałami. Idealne śniadanie przed treningiem. Dodałam też otręby owsiane, co mam nadzieję powiększy ilość substancji balastowych.
Wczoraj bolał mnie brzuch, pewnie od chleba :-( Ale mimo wszystko mam wrażenie, że brakuje mojemu organizmowi owowców :-) Wiem, wiem, jestem monotematyczna, ale wydaje mi sie niezgodne z naturą, abym ja żyła bez owoców :-)))
Obiad, to sałatka (sałata lodowa, mini sałata rzymska, ogórek, sos winegret) z grillowaną piersią kurczaka. Troszkę dużo przygotowałam tej sałaty, ale była tak soczysta i smaczna, że wszystko sama zjadłam :-) Tym razem bez chleba i innych ciężkich wypełniaczy :-)
I tutaj mała dygresja do podtytułu. Dziś nie udało mi się tyle rzeczy, że z bezsilności (i braku słodkiego) zwyczajnie się popłakałam. Weszłam na trening i zażądałam wycisku, aby zrzucić z siebie ten fizjologiczny stres człowieka nieszczęśliwego. Udało się! Trening i pot spływający po grzbiecie uczyniły mi tę uprzejmość, że przeszło złe :-) Sytuacji nie zmieniłam - nadal nie ma wolnych terminów na wizyty, na których mi zależy, nadal nie mam potwierdzonych spraw na przyszły tydzień, nadal wiele się nie udaje, ale ja już jestem inna. Kupiłam sobie świetne buty, wypatrzone kieliszki z sygnaturką Jamie'go Olivera, notesik do zapisywania tego, co zapominam i znów się uśmiecham :-)
I choć nadal twierdzę, że czasem zbyt wiele się nie udaje, jest mi lepiej :-)
Nie możesz zmienić rzeczywistości? Zmień swój stosunek do niej :-))))
Kolację zjedliśmy w jednej z naszych ulubionych restauracji :-) I oczywiście, kaczka :-) Do tego mizeria bez śmietany (kelnerka pytała dwukrotnie, czy na pewno bez... :-). Oczywiście kaczka była super, ale... Warto o tym wspomnieć - po kolacji poczułam się źle. Nie, żeby jakiś poważny problem, ale mój organizm dał mi sygnał, że cos było nie tak. Czym mogłam sobie zaszkodzić? Może do kaczki dodano przyprawy zabronione dla mnie, takie jak piperz i glutaminian sodu? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak. I dużo mięsa. To wyzwanie dla żoładka.
Najbardziej czekam na pojawienie się w mojej diecie owoców, ale na to jeszcze przyjdzie czas...
Brak tolerancji fruktozy nie przeminie z chwili na chwilę, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
Śniadanie, to dziś płatki owsiane z migdałami. Idealne śniadanie przed treningiem. Dodałam też otręby owsiane, co mam nadzieję powiększy ilość substancji balastowych.
Wczoraj bolał mnie brzuch, pewnie od chleba :-( Ale mimo wszystko mam wrażenie, że brakuje mojemu organizmowi owowców :-) Wiem, wiem, jestem monotematyczna, ale wydaje mi sie niezgodne z naturą, abym ja żyła bez owoców :-)))
Obiad, to sałatka (sałata lodowa, mini sałata rzymska, ogórek, sos winegret) z grillowaną piersią kurczaka. Troszkę dużo przygotowałam tej sałaty, ale była tak soczysta i smaczna, że wszystko sama zjadłam :-) Tym razem bez chleba i innych ciężkich wypełniaczy :-)
I tutaj mała dygresja do podtytułu. Dziś nie udało mi się tyle rzeczy, że z bezsilności (i braku słodkiego) zwyczajnie się popłakałam. Weszłam na trening i zażądałam wycisku, aby zrzucić z siebie ten fizjologiczny stres człowieka nieszczęśliwego. Udało się! Trening i pot spływający po grzbiecie uczyniły mi tę uprzejmość, że przeszło złe :-) Sytuacji nie zmieniłam - nadal nie ma wolnych terminów na wizyty, na których mi zależy, nadal nie mam potwierdzonych spraw na przyszły tydzień, nadal wiele się nie udaje, ale ja już jestem inna. Kupiłam sobie świetne buty, wypatrzone kieliszki z sygnaturką Jamie'go Olivera, notesik do zapisywania tego, co zapominam i znów się uśmiecham :-)
I choć nadal twierdzę, że czasem zbyt wiele się nie udaje, jest mi lepiej :-)
Nie możesz zmienić rzeczywistości? Zmień swój stosunek do niej :-))))
Kolację zjedliśmy w jednej z naszych ulubionych restauracji :-) I oczywiście, kaczka :-) Do tego mizeria bez śmietany (kelnerka pytała dwukrotnie, czy na pewno bez... :-). Oczywiście kaczka była super, ale... Warto o tym wspomnieć - po kolacji poczułam się źle. Nie, żeby jakiś poważny problem, ale mój organizm dał mi sygnał, że cos było nie tak. Czym mogłam sobie zaszkodzić? Może do kaczki dodano przyprawy zabronione dla mnie, takie jak piperz i glutaminian sodu? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak. I dużo mięsa. To wyzwanie dla żoładka.
środa, 24 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 4 Dzień 21 - bez entuzjazmu
Spożywanie nadmiernej ilości węglowodanów, w tym chleba, płatków owsianych i ciasteczek, niewątpliwie zatrzymuje proces utraty wagi. Jak już wspominałam, odchudzanie się nie jest moim głównym celem, najważniejsze jest zdrowie, natomiast miło było patrzeć jak w ciągu pierwszych tygodni diety LEAP tracę kilogramy :-) Cóż, skończyło się i zwyczajnie moja waga stanęła w miejscu. Wpływ na to może mieć fakt, iż zwiększyłam aktywność ruchową, zaczęłam ćwiczyć, a przede wszystkim zajadam się ciasteczkami :-)
Wczoraj też miałam kolejny kryzys na słodkie, z utęsknieniem spoglądałam na owoce.... Było tak źle, że zrobiłam kogel-mogel dodając do żółtka ksylitol, wcisnęłam sok z limonki i dolałam jeszcze wódki. Tak, tak, żadne wysublimowane alkohole, tylko wódka :-) Tym samym otrzymałam kieliszeczek wspaniałego, bardzo słodkiego i limonkowego ajerkoniaku. Delektowałam się nim dobry kwadrans :-) Pomogło :-)
A dziś z postanowieniem lepszego dnia od ostatnich, na śniadanie zjadłam owsiankę na mleku migdałowym. Smacznie, energetycznie, zdrowo. Miejmy nadzieję... :-)
A skąd odwoływanie się do nadziei? Otóż skończyłam czytać książkę na temat diety bez pszenicy, gdzie autor, znany amerykański kardiolog wskazuje na zagrożenie, jakie ze sobą niesie spożywanie wysokoglikemicznych węglowodanów.
Na obiad stek z halibuta z sałatą, rukolą i ogórkiem. Sałatka z majonezem, baaardzo smaczna :-)
Preferuję przyrządzanie potraw na parze, ale tym razem zrobiłam wyjątek i usmażyłam halibuta na patelni. Jedyną przyprawą była sól. Lubię czuć w jedzeniu ryby rybę, zatem nie używam soku z cytryny dla zneutralizowania posmaku Bałtyku :-) Oczywiście ten halibut nie był z Bałtyku :-)
Podwieczorek, to opakowanie słonecznika łuskanego zjedzone w korkach w drodze do domu... Jadąc z zajęć jogi doświadczyłam ogromnego głodu słodyczy. Po raz kolejny i bardzo mnie to dotknęło.
Na kolację nie miałam ani ochoty, ani siły gotować zaplanowanej zupy. Zjadłam sałatkę, do tego chleb z masłem solonym.
To był bardzo trudny dzień, z największym kryzysem od początku diety. Nawet zajęcia jogi mi się nie podobały. Spadła mi motywacja, entuzjazm zanikł, a w miejsce radości pojawiło się zwątpienie. Fizjologiczny problem z nastrojem, głód słodkiego, kryzys... Wszystko to nawarstwiło się i sprawiło, że wieczorem zasnęłam na kanapie, gdy mąż z entuzjazmem oglądał mecz. Dzisiejszy dzień niewątpliwie należał do Roberta Lewandowskiego, ale nie do mnie :-(
Wczoraj też miałam kolejny kryzys na słodkie, z utęsknieniem spoglądałam na owoce.... Było tak źle, że zrobiłam kogel-mogel dodając do żółtka ksylitol, wcisnęłam sok z limonki i dolałam jeszcze wódki. Tak, tak, żadne wysublimowane alkohole, tylko wódka :-) Tym samym otrzymałam kieliszeczek wspaniałego, bardzo słodkiego i limonkowego ajerkoniaku. Delektowałam się nim dobry kwadrans :-) Pomogło :-)
A dziś z postanowieniem lepszego dnia od ostatnich, na śniadanie zjadłam owsiankę na mleku migdałowym. Smacznie, energetycznie, zdrowo. Miejmy nadzieję... :-)
A skąd odwoływanie się do nadziei? Otóż skończyłam czytać książkę na temat diety bez pszenicy, gdzie autor, znany amerykański kardiolog wskazuje na zagrożenie, jakie ze sobą niesie spożywanie wysokoglikemicznych węglowodanów.
Na obiad stek z halibuta z sałatą, rukolą i ogórkiem. Sałatka z majonezem, baaardzo smaczna :-)
Preferuję przyrządzanie potraw na parze, ale tym razem zrobiłam wyjątek i usmażyłam halibuta na patelni. Jedyną przyprawą była sól. Lubię czuć w jedzeniu ryby rybę, zatem nie używam soku z cytryny dla zneutralizowania posmaku Bałtyku :-) Oczywiście ten halibut nie był z Bałtyku :-)
Podwieczorek, to opakowanie słonecznika łuskanego zjedzone w korkach w drodze do domu... Jadąc z zajęć jogi doświadczyłam ogromnego głodu słodyczy. Po raz kolejny i bardzo mnie to dotknęło.
Na kolację nie miałam ani ochoty, ani siły gotować zaplanowanej zupy. Zjadłam sałatkę, do tego chleb z masłem solonym.
To był bardzo trudny dzień, z największym kryzysem od początku diety. Nawet zajęcia jogi mi się nie podobały. Spadła mi motywacja, entuzjazm zanikł, a w miejsce radości pojawiło się zwątpienie. Fizjologiczny problem z nastrojem, głód słodkiego, kryzys... Wszystko to nawarstwiło się i sprawiło, że wieczorem zasnęłam na kanapie, gdy mąż z entuzjazmem oglądał mecz. Dzisiejszy dzień niewątpliwie należał do Roberta Lewandowskiego, ale nie do mnie :-(
wtorek, 23 kwietnia 2013
Dieta LEAP Faza 4 Dzień 20 - robię majonez :-)
Po zajęciach jogi i treningu personalnym, moje mięśnie zwyczajnie bolą i domagają się odpoczynku. Dlatego, mimo wielkiej chęci pójścia na zajęcia, daję sobie dzień wytchnienia. Zatem joga jutro, w czwartek kolejny trening. Nic na siłę. Entuzjazm mam wielki, ale łatwo się spalić. A motywacja też się może wyczerpać, gdy zamiast efektów będzie tylko ból :-(
Nadal czekam na wyniki badań genetycznych na celiakię. Dwa tygodnie planowanego oczekiwania przeciągają się solidnie, a ja muszę poczynić kolejne kroki, gdyby wynik okazał się pozytywny. Oczywiście, mam nadzieję, że przeciągają badanie próbki, bo nic nie wyszło :-))) Oby :-))) Wolałabym nie mieć skłonności genetycznej do tej strasznej choroby... Jak każdy...
Śniadanie - sałata z ogórkiem i majonezem. Zrobiłam właśnie majonez, wyszedł całkiem przyzwoicie :-) Lubie majonez, a czasem zwyczajnie mam ochotę na sałatkę z dodatkiem tego niewdzięcznego składnika. Majonez jest bardzo kaloryczny, bo opiera się na takich komponentach jak olej, jajko, ale mimo wszystko jestem zdania, iż w połączeniu z sałatą i nie codziennie, nie zrobi krzywdy :-)
A domowy majonez, to łyżeczka ksylitolu zamiast cukru, papryka zamiast pieprzu i cytryna zamiast octu :-) Samo zdrowie :-)
Na obiad monotematycznie - powtórka z dnia wczorajszego, czyli pierożki ryżowe z krewetkami. Danie stuprocentowe - przygotowuję je w 20 minut, a dokładnie tyle miałam na zrobienie obiadu :-)
Kolacja, to zupa krem - dużo warzyw i garść grochu łuskanego. Trochę miałam wątpliwości, czy
mogę do mojej diety włączyć groch łuskany, ale na wszelki wypadek dodałam go niewiele, a wywnioskowałam, że jeśli mogę jeść zielony groszek, to taki łuskany był kiedyś zielony, tylko został wysuszony :-) W zupie jest wszystko, co znalazłam w lodówce: cebula, fenkuł, seler korzenny, seler naciowy, trzy kolory papryki, cukinia... Do tego kminek, bazylia, majeranek, papryka słodka w proszku i sól. Próbowałam bez soli, ale nie mogłam odnaleźć ulubionego smaku :-) Cóż, wszystko przyjdzie z czasem :-)
Zupa jest dobra na wszystko :-)
Nadal czekam na wyniki badań genetycznych na celiakię. Dwa tygodnie planowanego oczekiwania przeciągają się solidnie, a ja muszę poczynić kolejne kroki, gdyby wynik okazał się pozytywny. Oczywiście, mam nadzieję, że przeciągają badanie próbki, bo nic nie wyszło :-))) Oby :-))) Wolałabym nie mieć skłonności genetycznej do tej strasznej choroby... Jak każdy...
Śniadanie - sałata z ogórkiem i majonezem. Zrobiłam właśnie majonez, wyszedł całkiem przyzwoicie :-) Lubie majonez, a czasem zwyczajnie mam ochotę na sałatkę z dodatkiem tego niewdzięcznego składnika. Majonez jest bardzo kaloryczny, bo opiera się na takich komponentach jak olej, jajko, ale mimo wszystko jestem zdania, iż w połączeniu z sałatą i nie codziennie, nie zrobi krzywdy :-)
A domowy majonez, to łyżeczka ksylitolu zamiast cukru, papryka zamiast pieprzu i cytryna zamiast octu :-) Samo zdrowie :-)
Na obiad monotematycznie - powtórka z dnia wczorajszego, czyli pierożki ryżowe z krewetkami. Danie stuprocentowe - przygotowuję je w 20 minut, a dokładnie tyle miałam na zrobienie obiadu :-)
Kolacja, to zupa krem - dużo warzyw i garść grochu łuskanego. Trochę miałam wątpliwości, czy
mogę do mojej diety włączyć groch łuskany, ale na wszelki wypadek dodałam go niewiele, a wywnioskowałam, że jeśli mogę jeść zielony groszek, to taki łuskany był kiedyś zielony, tylko został wysuszony :-) W zupie jest wszystko, co znalazłam w lodówce: cebula, fenkuł, seler korzenny, seler naciowy, trzy kolory papryki, cukinia... Do tego kminek, bazylia, majeranek, papryka słodka w proszku i sól. Próbowałam bez soli, ale nie mogłam odnaleźć ulubionego smaku :-) Cóż, wszystko przyjdzie z czasem :-)
Zupa jest dobra na wszystko :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







